O psychoterapii ISTDP

Nie zawsze wiemy, skąd bierze się cierpienie

Niektóre trudności psychiczne mają to do siebie, że wracają. Próbujemy sobie z nimi radzić na różne sposoby. Rozmawiamy z bliskimi, czytamy książki, próbujemy zmienić swoje myślenie, czasem korzystamy z psychoterapii lub leczenia farmakologicznego. Bywa, że przez jakiś czas czujemy się lepiej, ale po pewnym czasie lęk, napięcie czy obniżony nastrój pojawiają się ponownie. Czasami trudno nawet powiedzieć, co właściwie się dzieje. Może od dawna towarzyszy Ci niepokój, choć obiektywnie wszystko wydaje się w porządku. Może coraz częściej czujesz zmęczenie, pustkę albo brak satysfakcji z życia. Być może zauważasz, że podobne trudności powracają w kolejnych relacjach – mimo szczerych chęci, żeby tym razem było inaczej. Zdarza się również, że cierpi ciało: pojawiają się bóle, napięcia, dolegliwości ze strony układu pokarmowego czy przewlekłe zmęczenie, a kolejne badania nie przynoszą jednoznacznej odpowiedzi.

Czym jest psychoterapia ISTDP?

ISTDP Intensywna Krótkoterminowa Psychoterapia Dynamiczna (Intensive Short-Term Dynamic Psychotherapy) została opracowana przez kanadyjskiego psychiatrę Habiba Davanloo, który przez wiele lat analizował przebieg prowadzonych przez siebie terapii, próbując zrozumieć, co sprawia, że u jednych pacjentów dochodzi do trwałej zmiany, a u innych poprawa okazuje się jedynie chwilowa. Rezultatem tej pracy było stworzenie podejścia, które łączy psychodynamiczne rozumienie człowieka z bardzo uważnym obserwowaniem tego, co dzieje się podczas każdej sesji. W kolejnych latach metoda była rozwijana i badana przez wielu klinicystów i badaczy, między innymi Allana Abbassa, Jona Fredericksona i Patricię Coughlin.

Choć nazwa ISTDP może brzmieć specjalistycznie, jej podstawowe założenie jest stosunkowo proste. Objawy, z którymi zgłaszamy się na terapię, często nie są samym problemem. Są raczej sygnałem, że psychika od dłuższego czasu próbuje poradzić sobie z czymś, co przekracza jej możliwości. Z perspektywy ISTDP lęk, depresja, napady paniki, trudności w relacjach czy niektóre objawy psychosomatyczne nie są wyłącznie zbiorem objawów, które należy usunąć. Są również próbą adaptacji do doświadczeń, z którymi kiedyś trudno było sobie poradzić. Dlatego celem terapii nie jest jedynie zmniejszenie cierpienia, choć to oczywiście jest bardzo ważne. Równie istotne jest zrozumienie procesów, które to cierpienie podtrzymują.

Skąd biorą się nasze trudności?

Wyobraź sobie małe dziecko, które jest całkowicie zależne od swoich opiekunów. Jego przetrwanie — dosłownie — zależy od tego, czy rodzice będą blisko i będą je kochać. Dla takiego dziecka nie ma nic groźniejszego niż utrata tej więzi. Wyobraź sobie teraz, że odkrywa ono, iż niektóre jego uczucia tej więzi zagrażają. Może za każdym razem, gdy się złości, rodzic odwraca się od niego, karze je albo wybucha. Może gdy płacze, słyszy, że ma przestać. Może gdy przychodzi się przytulić, zostaje odepchnięte.

W takiej sytuacji dziecko bardzo szybko uczy się czegoś ważnego: pewne uczucia są niebezpieczne. Nie dlatego, że same w sobie są złe — złość, smutek i tęsknota należą do naturalnego wyposażenia każdego człowieka — ale dlatego, że ich okazywanie może kosztować najważniejszą rzecz na świecie: bliskość z mamą czy tatą. Od tej pory za każdym razem, gdy takie uczucie zaczyna się pojawiać, odczuwa lęk. A żeby nie doświadczać ani lęku, ani samego uczucia, znajduje sposoby ucieczki: wycofuje się, zamiera, staje się grzeczne, przestaje czegokolwiek chcieć.

Z czasem te sposoby unikania stają się tak automatyczne, że przestajemy w ogóle zauważać, co czujemy. Ktoś, kto w dzieciństwie nauczył się wycofywać zamiast się złościć, może w dorosłości szczerze powiedzieć: „Ja się po prostu nie złoszczę”. I nie kłamie — naprawdę nie ma dostępu do swojej złości. Ale ona nigdzie nie zniknęła. Pozostała pod powierzchnią, razem z lękiem, i po cichu kształtuje nasze życie: związki, pracę, nastrój, a czasem także ciało.

To jest, w największym skrócie, odpowiedź na pytanie, skąd bierze się większość problemów, z którymi ludzie przychodzą do terapeuty: przygnębienie, lęki, poczucie pustki, powtarzające się nieudane związki czy objawy z ciała, dla których lekarze nie znajdują przyczyny. To nie są wady charakteru ani oznaki słabości. To ślady bardzo starej, kiedyś rozsądnej „umowy”: rezygnuję z części siebie, żeby nie stracić Was.

Jednym z celów terapii jest stopniowe odzyskiwanie tej utraconej perspektywy. Nie po to, żeby oceniać siebie ani szukać winnych. Po to, żeby lepiej rozumieć własne doświadczenie i odzyskać większą swobodę w przeżywaniu emocji, budowaniu relacji i podejmowaniu decyzji.

Warstwy, które narastają wokół serca

Twórca tej metody, Habib Davanloo, powiedział coś, co warto zapamiętać: jedyne, z czym człowiek przychodzi na świat, to zdolność do kochania i przywiązywania się. Wszystko inne narasta wokół tego, co się z tą zdolnością stało. Kiedy dziecięca potrzeba bliskości jest raz po raz zawodzona, dzieje się kilka rzeczy — po kolei, warstwa po warstwie. Najpierw pojawia się ból i smutek: coś, czego bardzo potrzebuję, nie przychodzi. Ten ból budzi naturalną, zdrową złość na osobę, która mnie tego pozbawia.

Ale tu pojawia się pułapka. Tą osobą jest ktoś, kogo dziecko jednocześnie kocha i rozpaczliwie potrzebuje. Złość wobec kogoś kochanego rodzi poczucie winy. Rodzi także lęk — bo gdyby ją okazać, więź mogłaby pęknąć do końca. Co robi dziecko z tak nieznośną mieszanką? Chowa ją całą. A na wierzchu, jako ostatnią warstwę, buduje mur: dystans wobec własnych uczuć i wobec innych ludzi. Bo każda prawdziwa bliskość — z drugim człowiekiem albo z własnym wnętrzem — grozi obudzeniem tego wszystkiego, co leży pod spodem.

Ten mur ma swoją cenę. Chroni przed bólem, ale odcina także od miłości, radości i żywości. Ludzie z takim murem często mówią, że czują się „uwięzieni” we własnym życiu, że coś w nich jest jakby za szybą, że niby wszystko gra, a w środku pusto. Wielu z nich tęskni za prawdziwym kontaktem — i jednocześnie panicznie się go boi. Z tym właśnie wewnętrznym rozdarciem większość ludzi przychodzi na pierwszą sesję.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba powiedzieć, bo dotyczy bardzo wielu osób. Dziecko, które nie może okazać złości rodzicowi — bo go kocha i potrzebuje — często kieruje tę złość w jedyne bezpieczne miejsce: przeciwko sobie. Tak rodzi się wewnętrzny prześladowca: głos, który krytykuje, obwinia i karze. W dorosłości może to wyglądać jak nienawiść do siebie, sabotowanie własnych sukcesów, wybieranie ludzi, którzy krzywdzą, czy karanie się na tysiące subtelnych sposobów. Zwykle nie mamy pojęcia, skąd to się bierze. A bierze się z dawnej, dziecięcej lojalności: lepiej ukarać siebie, niż zaatakować kogoś, kogo kocham. Jednym z głównych celów tej terapii jest rozbrojenie właśnie tego mechanizmu.

Jak ISTDP rozumie ludzkie cierpienie?

Jednym z najważniejszych założeń ISTDP jest przekonanie, że objawy psychiczne nie pojawiają się przypadkowo. Z perspektywy tej metody lęk, obniżony nastrój, trudności w relacjach czy niektóre objawy psychosomatyczne często są związane z emocjami, których z różnych powodów nie potrafimy w pełni przeżywać. Nie oznacza to, że każda depresja, każdy lęk czy każdy ból mają wyłącznie podłoże psychiczne. Człowiek jest znacznie bardziej złożony. Na nasze samopoczucie wpływają między innymi czynniki biologiczne, doświadczenia życiowe, aktualna sytuacja oraz sposób funkcjonowania naszego układu nerwowego.

ISTDP proponuje jednak spojrzenie na jeszcze jeden ważny element. Pyta nie tylko: jakie objawy występują?” ale również: jaką historię mogą opowiadać te objawy?”

Uczucia, których nauczyliśmy się nie czuć

Każdy człowiek doświadcza całego spektrum emocji. Miłości i złości. Radości i żalu. Wdzięczności i rozczarowania. Same emocje nie są ani dobre, ani złe. Są naturalną częścią naszego życia i pełnią ważną funkcję – informują nas o tym, co jest dla nas ważne, czego potrzebujemy i jak przeżywamy relacje z innymi ludźmi. Problem pojawia się wtedy, gdy z jakiegoś powodu nie możemy pozwolić sobie na ich przeżywanie.

Dlaczego pojawia się lęk?

W ISTDP lęk nie jest traktowany wyłącznie jako przeciwnik, którego trzeba jak najszybciej usunąć. Często pełni on funkcję sygnału. Może pojawiać się wtedy, gdy zbliżamy się do uczuć, które przez długi czas pozostawały poza świadomością. Dla wielu osób jest to zaskakujące. Przecież lęk wydaje się pojawiać „bez powodu”.

Jednak podczas terapii nierzadko okazuje się, że napad paniki, nagłe napięcie czy uczucie ścisku w gardle poprzedziło jakieś ważne wydarzenie: rozmowa z partnerem, konflikt w pracy, poczucie odrzucenia albo sytuacja, która nieświadomie uruchomiła dawne doświadczenia. Nie oznacza to, że za każdym razem uda się odnaleźć prostą przyczynę. Psychika rzadko działa w tak oczywisty sposób. Ale zrozumienie związku między emocjami, lękiem i sposobem reagowania często staje się jednym z najważniejszych momentów terapii.

Mechanizmy obronne – kiedy ochrona zaczyna ograniczać

Każdy z nas posiada mechanizmy obronne. Nie są one objawem choroby. Są naturalnym sposobem regulowania emocji. Dzięki nim potrafimy zachować spokój w trudnej sytuacji, odłożyć silne uczucia na później albo skupić się na zadaniu, mimo przeżywanego stresu. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy mechanizmy, które kiedyś pomagały, zaczynają działać automatycznie i niezależnie od sytuacji. Możemy nieustannie bagatelizować własne potrzeby. Żartować wtedy, gdy jest nam bardzo trudno. Analizować wszystko intelektualnie, ale mieć trudność z odczuwaniem emocji. Opiekować się wszystkimi wokół, jednocześnie nie zauważając własnego zmęczenia. Nie są to zachowania przypadkowe. Zwykle kiedyś miały sens. W terapii nie próbujemy ich gwałtownie usuwać ani z nimi walczyć. Najpierw staramy się je wspólnie rozpoznać i zrozumieć. Dopiero wtedy możliwe staje się stopniowe poszukiwanie nowych sposobów reagowania – takich, które lepiej odpowiadają obecnemu życiu niż doświadczeniom z odległej przeszłości.